Spałam całą noc, od północy aż do 5.40, kiedy pomocnik kierowców budzi
pasażerów wręczając im ciasteczko i nalewając kawę. Myślałam, że będzie jakieś
śniadanie :p
Na wielkim terminalu w Mendozie nie ma wifi, ale jest dostępny dla pasażerów
CATA w ich biurze. Z trudnościami kupujemy bilet na samolot Mendoza- Salta na
czwartek, 12 kwietnia za 3150 ARS/os. Kupujemy też w A. Buttini bilety za 167
ARS/os. na dzisiaj na 10.15 do Puente del Inca. Wygląda na to, że może być
kłopot z noclegiem na treku pod Aconcagua.
Jedziemy autobusem, a kierowca ciągle się zatrzymuje i zabiera swoich kumpli i
kumpele i ich wysadza co parę metrów. Co więcej, ciągle po drodze są puestos de
control, więc autobus zwalnia i tylko raz wchodzi żołnierz do środka, ale
nie sam, tylko z psem, który biega po autobusie, obwąchując pasażerów i
szukając czego? narkotyków? Irytuje nas to wszystko, na szczęście widoki są
fantastyczne! Jedziemy przez majestatyczne góry o skałach zielonkawych, żółtych
i we wszystkich odcieniach różu. Niebo jest błękitnie niebieskie, świeci
słońce, jest przepięknie...
Na miejscu jesteśmy kwadrans później. Szukamy noclegu. Nie mamy rezerwacji, gdyż Booking tutaj nie działał, nie było żadnej oferty. Teraz już wiemy, dlaczego. Bo tu nie ma internetu :( Pierwsza z brzegu hosterìa zamknięta jest na głucho. W drugiej, Vieja Estacion proponują nam łóżko piętrowe w 6-osobowym dormitorio za 350 ARS/os. bez śniadania. Sprawdzam El Nico, tu chcą za pokój 2-osobowy 750 ARS za duże łóżko lub łóżko piętrowe, bez różnicy, za to ze śniadaniem. Już prawie decydujemy się na Nico, ale okazuje się, że trzeba zapłacić po 70 ARS za zostawienie plecaka. No nie! To jest zwyczajowo przyjęte, że można zostawić bagaże, jak się idzie na trek; bez opłaty.
Pokój w Vieja Estacion jest kiepski, nie dają ręczników, nie ma pościeli, a
koce pamiętają chyba II wojnę światową, jeśli nie pierwszą :p Albo zostały po
jakiśch uchodźcach. Chyba w więzieniach są lepsze! Łazienka jest straszna, hula
w niej wiatr. Aby spłukać wodę w toalecie, trzeba wejść na muszlę i ręką wyciągnąć
spławik. Jesteśmy trekkerami, ale nawet moje trekkerstwo ma swoje granice. Tu
znowu zostały przekroczone!
Po południu idziemy na rekonesans. Puente del Inca nie jest nawet osadą. Jest tu kilkanaście bud z artesañami, dwie małe knajpy i niewielki sklep. O 18 lub 19 wszyscy wszystko zamykają i jadą gdzieś tam do domu. Życie tu umiera. Przejeżdżają tylko ciężarówki, gdyż wiedzie tędy droga to Santiago de Chile.
Puente del Inca to naturalny kamienny most, zabarwiony na żółto siarką z bulgoczących cieplicowych źródeł poniżej.
Zjadamy na spółę pancho con poncho za 55 ARS, czyli hot doga z szynką i serem.
I
Idziemy po torach nieczynnej kolejki na Cementario de los Andinistas. Znajdują się tu groby i symboliczne tablice ludzi, którzy zginęli na Aconcagua całkiem niedawno lub nawet w latach dwudziestych ubiegłego wieku. Niektórzy z nich byli młodzi, mieli zaledwie 30 parę lat, inni nawet ponad osiemdziesiąt.
Na kolację zjadamy asado al horno con papas españolas + copa de vino + postre za 200 ARS/porcję. Nawet dobre.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz